nie za mądrze

mi

 

Nie lubię być sama. Nie lubię być samotna. A tak właśnie czuję się od kilku dni (a może od kilku lat). Wiecie co jest jedną ze smutniejszych rzeczy w życiu? Pewnie pomyślicie o nieuleczalnych chorobach, nagłej śmierci kogoś bliskiego, trzęsieniach ziemi, które niszczą domy i życie wielu rodzin. Oczywiście takie tragedie można by mnożyć i mnożyć. I ja się zgodzę, że to wszystko jest smutne. Ale jeśli pomyślimy o takich, przepraszam za określenie, przyziemnych sprawach, to mnie bardzo zasmuca to, że tak wielu ludzi uśmiecha się mimo wielkich ran, cierpienia, smutku, samotności. Dlaczego dziś postanowiłam o tym napisać? Bo sama zmuszam się do jakiejkolwiek radości i uprzejmości przy rodzinie, koleżankach z pracy, pani w markecie. Wręcz machinalnie pokazuję, że świat wcale nie jest taki zły, ze to żaden wysiłek wygiąć usta ku górze.
Tak sobie myślę, że moje notatki często mają charakter narzekania na coś, wywalania żalu. Smęcę tu po prostu. No cóż… Drogi Czytelniku, miło mi, że tutaj jesteś, ale nikt Cię na siłę tutaj nie zatrzymuje. Ja robię swoje, piszę swoje, myślę swoje i jak każdy – jestem nieidealna.
No właśnie, n i e i d e a l n a. Krzyczę, piszczę i rzucam przedmiotami, gdy mi coś uwiera. Kocham, śmieję się w głos, śpiewam, tańczę i przytulam, gdy wszystko jest ok. Mówię prosto z mostu (często bez zastanowienie). Z tej mojej szczerości to czasem wychodzą niepotrzebne (albo i potrzebne) problemy. Kurde… czy słowo przepraszam naprawdę tak mało znaczy? Ja wiem, nikt nie lubi, jak mu się mówi jesteś taki czy owaki, robisz to i tamto źle, twoje zachowanie mnie rani. Ale wydaje mi się, że lepsza taka prawda niż wieczne klepanie kogoś po pleckach – jest OK.
Ktoś mądry powiedział szanuję ludzi, dlatego mówię im co jest z nimi nie tak. Inny ktoś mądry mówi kochaj i przebaczaj mimo wszystko. Następny ktoś mądry twierdzi, że nie można gonić za ludźmi, którzy dla nas nie pokonali by kałuży. I bądź tu mądry, słuchaj, mądrych ludzi i pisz wiersze.
Prawda jest taka, że ja nie potrafię kochać cierpliwie, łaskawie, bez zazdrości, pychy i poklasku, bez unoszenia się gniewem i zapominając złe, nie potrafię wszystkiego znieść. Ale uparcie kocham miłością, jaką potrafię. Mogłabym z tej miłości oddać wszystkie oszczędności, nerkę, wątrobę, a nawet i serce. W ogień bym weszła i morze przepłynęła. Na głupi swój sposób kocham myśląc o nim po przebudzeniu i przed snem, w dniu jego urodzin i moich, w święta w zwykłym szarym dniu. Gdy widzę pędzące auto, a w nim jego, modlę się, aby bezpiecznie wrócił do domu. Minuta rozmowy z nim jest mi droższa od wszelakich kosztowności. I wiecie co jest najgorsze? On nigdy nie był mój. Tak, tak. To jest właśnie miłość bez wzajemności taki interes bez pokrycia. Mogę sobie wzdychać z daleka. Mogę zazdrościć każdemu, z kim on spędza czas, bo ja mało mam takich okazji. I zawsze, gdy go widzę wszystko we mnie drży, wszystko krzyczy, błaga o przelotne spojrzenie, delikatny dotyk, jego zapach.
i nie wiem czy łatwiej było by trzymać się od niego z daleka czy być blisko. Wiem, że cholernie za nim tęsknię teraz, gdy przez moje kilka słów niechybnie rzuconych wszystko popsuło się bardziej niż mogło.

można milczeć i milczeniem ranić kogoś

Czasem mam wrażenie, że sama na siebie zsyłam nieszczęście. Takie nieszczęście, które objawia się drżeniem rąk, bólem głowy, bezsennymi nocami, trudnościami w złapaniu oddechu i smutnymi oczami. Wierzcie mi albo nie, ale pacząc na siebie w lustrze widzę oczy bez blasku, bez radości, bez nadziei. Może uda mi się kogoś oszukać ubierając się w uśmiech nr 5 i, ale samej siebie nie oszukam. Gdyby moje myślenie na chwilę się wyłączyło, gdybym nie pamiętała powodu smutku i tak wiedziałabym, ze coś złego się dzieje po jednym spojrzeniu w odbicie moich oczu. Wydaje mi się, jakbym przez kilka ostatnich lat postarzała się o wiele lat. Wszystko robię na pamięć. Nawet ostatnio z „radością” zamelinowałam się w pracy w magazynie i przez 2,5 h sprawdzałam dostawę pudełko po pudełku byle tylko skupić myśli na jednej konkretnej, ważnej rzeczy. Dobrze mi było, kiedy nikt o nic mnie nie pytał, nie opowiadała o swoich sprawach, nie patrzył na mnie rozsypaną w kawałeczki.

Nienawidzę dni, kiedy do głowy przychodzą mi okropne myśli. Pewnego wieczoru kładąc się do łóżka zastanawiałam się jaki to jest uczucie, kupić pudełko proszków przeciwbólowych i połykać je jeden po drugim dopóty dopóki sił starczy. I co jest potem… Skoro miałyby to być środki przeciwbólowe to raczej bólu by nie było, prawda?

Chwilami wydaje mi się, że na tym świecie nie ma nic dla czego warto żyć. Żadne serce naprawdę nie bije dla mnie. A co może być ważniejsze dla człowieka od miłości? Można by tutaj wymieniać wiele różnych rzeczy, ile ludzi tyle opinii. Ja natomiast przez całe życie czekam aż pojawi się ktoś kto pokocha mnie z całą paletą moich dziwności – a jedną z tych dziwności jest kochać ponad wszystko, martwić się, troszczyć, trzymać za rękę, robić małe prezenty i wielkie niespodzianki i nigdy się nie znudzić. I tutaj znowu ktoś mógłby podrzucić cudowną radę nie czekaj tylko działaj. A ja wrócę do początku tego wpisu – czasem mam wrażenie, że sama na siebie zsyłam nieszczęście. Wpuszczam do swojego życia nieodpowiednie osoby. Z czasem otwieram się coraz bardziej i bardziej. Ukazuję całą siebie, oddaję połatane serce. Po raz tysięczny daję drugą szansę. A w zamian słyszę – no cóż… takie już jest życie… licz na siebie.

Czuję się, jakbym stała na rozdrożu dróg. Z jednej strony stoi drogowskaz, za którym kryje się droga pod stromych wzgórzach, gdzie każdy upadek wiąże się z głębokimi ranami i złamaniami. To tak jakby przyznać się: kocham Cię i zrobię wszystko, będę walczyć, wybaczać, łatać każdą dziurę, przelewać swoją krew w Twoje żyły, ośmieszać się i dla Twojego szczęścia rezygnować z siebie. Drugi drogowskaz to wzburzone morze, które zamyka dopływ powietrza do płuc zalewa je słoną wodą. Rezygnuję, odpuszczam i duszę się z tęsknoty. Nie mam już nic, o co warto było walczyć.

 

Jak pisał Czesław Miłosz…

Jest taka cierpienia granica, Za którą się uśmiech pogodny zaczyna.

Bo czasem wystarczy pospacerować na mroźnym powietrzu, chwycić kilka promieni słońca i na chwilę zapomnieć o problemach, na chwilę znów cieszyć się życiem, uśmiechać się do ludzi, mówić „dzień dobry”, „proszę”, „przepraszam” i „dziękuję” bez udawanej grzeczności, tylko tak prosto z serducha. Bo jest parę dobrych w życiu chwil i jeśli mamy jakieś zmartwienia to nie, nie olewajmy ich, ale nie pozwólmy, aby przesłoniły nam cały piękny świat, który jest poza nimi.

 

Dobrego dnia ;)

a każdy bezbronny i sam sobie okręt i żeglarz, i ster

Przez ile lat może do nas powracać jedno to samo zmartwienie?

Jak długo jesteśmy w stanie robić dobrą minę do złej gry?

Ile razy można skrywać problem w czerech kątach domu?

Jak długo uda się skryć ślady łez pod makijażem?

A gdyby tak… gdyby komuś opowiedzieć prawdziwą historię? Komu powiedzieć? Czego się spodziewać?

Jak przełamać wstyd?

Wstyd to czy zwykła ludzka odraza? A może poczucie oszukania?

Kto doradzi? Kto przytuli? Kto nie zignoruje, nie wyśmieje?

Życie bywa czasem cholernie trudne. Bywają problemy i zmartwienia, który przyprawiają o ból brzucha, o wymioty. Można wylać potok słów, który niczego nie zmienia, nie oczyszcza. W sercu pozostaje zadra i smutek. I nawet chwile szczęścia nie potrafią go przykryć.

 

 

 

Uspokaja…

ukołyszę Cię

Mała kruszynka z minką jak cytrynka
Oczka lśniące jak słoneczko i policzki okrągłe deczko
Maluchne stopki, rączki, brzuszek
Na główce włosów kłębuszek

Zasypiasz?- Dobrze.
Ciocia utuli Cię do snu.
Zostanę przy Tobie tu.
Posłucham jak miarowo oddychasz.
Popatrzę, jak nieświadomie sobie brykasz.
Przypilnuję, żeby nic Cię nie zbudziło.
Żeby nic Twego spokoju nie zakłóciło.
Taka jesteś grzeczna, kochana.
Kiedyś dorośniesz, będziesz zdolna jak mama.
Piękna jak polny kwiat Ruszysz w wielki świat
Będziesz podejmować decyzje trudne
Najpierw będziesz szczęśliwa, za chwilę życie może wyda Ci się nudne.
Oby szczęście każdy dzień wypełniało
Problemów i smutków było mało
Chociaż też czasem łza zabłądzi gdzieś na twarzy
Będziesz musiała być rozsądna, gdy Twój los będzie się ważył
Jaką sobie przyszłość wymarzysz?
Ile razy w życiu się sparzysz?
Tego nie wie nikt jeszcze

Teraz śpij sobie spokojnie
Ciocia pokołysze Cię leciutko.

twoje imię na moich ustach

Czy to pożegnania nadszedł czas?
Nie ma Ciebie, nigdy nie było nas
To tylko wyobraźnia bajki wiła
Chore serce z bólu pieściła
Rozdarta między snem a jawą
Rozkoszowałam się poranną kawą
I w niej widziałam Twoje oblicze
W błękicie nieba skąpane źrenice
Twoje silne dłonie czciły moje ciało
Twych słów wciąż było mi mało
Zapach rozkoszy ulotnił się z tą ostatnią jaskółką
Imię Twoje szepczę jeszcze nadal w kółko
Krzyczę, wołam, błagam:

Wróć!

nie taka Turcja groźna jak ją malują?

 

Kiedy byłam w drugiej klasie liceum moja nauczycielka języka angielskiego zaproponowałam nam udział w projekcie COMENIUS. Projekt polegał na tym, abyśmy napisali krótki list po angielsku opisujący naszą rodzinę, zainteresowania, ulubione przedmioty w szkole itp. List te miały zostać zebrane i wysłane do szkoły w Adanie w Turcji. Tam młodzież w naszym wieku miała wybrać/wylosować list dla siebie, przeczytać i odpisać. I tak zaczęła się moja znajomość z Cengizhanem. Śmieszne były te list. Pamiętam, że czekaliśmy około miesiąca na odpowiedzi. Zawsze wspólnie otwieraliśmy koperty na przerwach, szybko czytaliśmy, a potem pytaliśmy „co Ci napisał?”. Nie mogliśmy się skupić na dalszych lekcjach. Jednego dnia zapytaliśmy panią Kasię (panią od angielskiego), jak zapytać Turków o ich religię, bo nie chcemy ich urazić czy coś. Napisała nam na tablicy kilka zdań (poprawnych politycznie) i wszyscy mieliśmy w pewnym momencie listu tzw. kopiuj-wklej. Do dziś pamiętam odpowiedź Cengizhana „nie jesteśmy terrorystami”.

Listy pisaliśmy tylko przez rok, potem tureccy uczniowie skończyli szkołę. My natomiast przygotowywaliśmy się do matury. Pewnego dnia odszukałam mojego kolegę z listów na Facebooku. Bardzo się ucieszył kiedy zaprosiłam go do znajomych. Zapytał co u mnie słychać i jakie mam plany. Opowiadałam mu trochę o tym, jak działają uczelnie wyższe w Polsce (trochę to trudne ze względu na mój ubogi angielski). Opowiadałam o świętach w Polsce, etc. On opowiadał mi o swoich religii i kulturze. Tak sobie lata mijały, a my raz na pół roku, raz na rok odzywaliśmy się do siebie. Dwa dni temu znowu padło pytanie „How are you?”. I nadziwić się nie mogę, że osoba, która nigdy nie widziała mnie na żywo może napisać takie miłe słowa, jak te:

 cen

OK, niektórzy może będą mnie przestrzegać „Turki to zło. To terroryści. Oni są nienormalni. Biją swoje kobiety”. Wiem, jakie jest ogólne zdanie na ich temat. Może sama czasem podchodzę z dużym dystansem do tej narodowości, kultury, religii. Uwierzyć nie mogę, że istnieje coś takiego jak święta wojna. Jak można włożyć pod ubranie ładunek wybuchowy i wysadzić się w miejscu, w którym znajdują się setki, tysiące ludzi? Jak trzeba być psychicznie styranym, aby myśleć, że za zabicie niewierzących pójdzie się do nieba? Z jednej strony jest to śmieszne, z drugiej serce się kraje. Ile to ludzi płakało przez takich… debili. Rozmawiałam wczoraj z Cengizhanem o tym wybuch w okolicy stadionu w Stambule. Za całe zamieszanie odpowiedzialna była grupa terrorystów nazywana PKK, która istnieje od 1985 roku. Podobno jest to komunistyczna grupa, która zabija Tureckich żołnierzy i cywilnych. I tak się zastanawiam czy można oceniać cały naród patrząc na wyczyny tych ludzi. Czy nie ulegamy za bardzo generalizowaniu? Nie od dziś wiadomo, że o różnych ludziach róznie się mówi:
- Polak – złodziej,
- Rosjanin – pijak,
- Rumun – złodziej,
- Arab – terrorysta,
- Anglik – nudziarz,
- Francuz – żabojad,
- Żyd – skąpiec,
- Niemiec – nazista,
- Cygan – oszust,
- Czarnoskóry – bandyta, gangster.

Sam Cengizhan mówi, że wielu normalnych Turków nie może zrozumieć postępowania terrorystów, że modlą się, aby ludzie przestali ginąć z ich rąk, że pragną pokoju.

Ku pokrzepieniu serc moich bliskich – nie zamierzam zakładać rodziny polsko-tureckiej i wybywać na stałe do Turcji. Ale marzy mi się raz w życiu pojechać tam, pospacerować po ichniejszych plażach, pozwiedzać zabytkowe budowle, posmakować może jakiejś potrawy, posłuchać ich muzyki na żywo. I trzymam za słowo moją najlepszą przyjaciółkę, że w jakieś wakacje poleci ze mną do Turcji i będzie bronić przed jakimkolwiek złem. :)

 

 

Słyszę pierwszy raz, ale podoba mi się ;)

 

św. Mikołaj vs. św. Mikołaj

Święty Mikołaj, biskup, urodził się w Patras w Grecji ok. 270 r. Był jedynym dzieckiem zamożnych rodziców, uproszonym ich gorącymi modłami. Od młodości wyróżniał się nie tylko pobożnością, ale także wrażliwością na niedolę bliźnich. Po śmierci rodziców swoim znacznym majątkiem chętnie dzielił się z potrzebującymi. Miał ułatwić zamążpójście trzem córkom zubożałego szlachcica, podrzucając im skrycie pieniądze. O tym wydarzeniu wspomina Dante w „Boskiej komedii”. Wybrany na biskupa miasta Miry (obecnie Demre w południowej Turcji), podbił sobie serca wiernych nie tylko gorliwością pasterską, ale także troskliwością o ich potrzeby materialne. Cuda, które czynił, przysparzały mu jeszcze większej chwały. Kiedy cesarz Konstantyn I Wielki skazał trzech młodzieńców z Miry na karę śmierci za jakieś wykroczenie, nieproporcjonalne do aż tak surowego wyroku, św. Mikołaj udał się osobiście do Konstantynopola, by uprosić dla swoich wiernych ułaskawienie.
Kiedy indziej miał swoją modlitwą uratować rybaków od niechybnego utonięcia w czasie gwałtownej burzy. Dlatego odbiera cześć również jako patron marynarzy i rybaków. W czasie zarazy, jaka nawiedziła jego strony, usługiwał zarażonym z narażeniem własnego życia. Podanie głosi, że wskrzesił trzech ludzi, zamordowanych w złości przez hotelarza za to, że nie mogli mu zapłacić należności. Św. Grzegorz I Wielki w żywocie Mikołaja podaje, że w czasie prześladowania, jakie wybuchło za cesarzy Dioklecjana i Maksymiana (pocz. wieku IV), Święty został uwięziony. Uwolnił go dopiero edykt mediolański w roku 313. Biskup Mikołaj uczestniczył także w pierwszym soborze powszechnym w Nicei (325), na którym potępione zostały przez biskupów błędy Ariusza (kwestionującego równość i jedność Osób Trójcy Świętej).

6 grudnia na pamiątkę tego właśnie biskupa stajemy się troszkę życzliwsi dla swoich bliskich, rodziny, przyjaciół, znajomych. Kupujemy łakocie i podrzucamy do butów, dzieciakom sprzedaje się bajeczkę, że w nocy był w ich domu/pokoju Mikołaj i zostawił zabawki. W telewizji puszczają mikołajkowy blok reklamowy, który ma na celu zebranie pieniędzy dla chorych i biednych dzieci. Ale…

Przeraża mnie, że to wszystko to jeden wielki marketing. Gdzie by się nie obejrzeć, tam mrugają do nas czekoladowe figurki gościa w czerwonej czapce i z dużym brzuchem, piernikowe reniferki, czekoladki znanych marek, które na ten jeden dzień w roku przyodziewane są w kolorowe folie z motywami świątecznymi. Jajka z niespodzianką, które były kiedyś kojarzone ze świętem Wielkiej Nocy, teraz schowane są w brzuchu Mikołaja. A wszystko to kosztuje dwa razy tyle niż w maju, wrześniu czy marcu. No, ale jakże nie kupić dziecku na mikołajki nowego zestawu lego, samochodu na resorach, konia na biegunach, kucyka my little pony, kiedy to wszystko poustawiane jest na samym widoku i korci tych biednych, małych ludzi. Mam wrażenie, że nikt nie pamięta o zwykłej życzliwości, zrobieniu małej, cieszącej niespodzianki. Bo im większy przepych tym lepiej, tym ważniejsi czują się ci rodzice, dziadkowie, wujkowie. A co z dziećmi? Po pierwsze wierzą, że jakiś gruby koleś z siwą brodą łazi im w nocy po domu. Po drugie nie do końca zadowolone są z prezentów, bo zabawki się powtarzają albo nie są kultowe tzn. nie z tej bajki, którą aktualnie dzieci się zachwycają.

Od wielu lat jakoś nie czuję czadu świąt. Niestety, dorosłam. Albo inaczej… dziecko, które gdzieś tam w środku mnie mieszka, wierzy w inne ideały niż ogólnie przyjęte. Dlatego jeśli chodzi o Mikołaja wybieram tego.

mikolaj_1

 

 

Mimo wszystko uwielbiam świąteczne hiciory ;)

 

 

 

A tak na koniec…

Napisałam wiersz i się nim chwalę.

Ziemia krążyła w odwrotnym kierunku.
Nie trzeba było trunku, by poczuć zawrót w głowie.
Tyle emocji w jednym słowie.
W miejscu stanął czas. Ktoś przelotnie rzucił: pas.
Przewrotny los wyprowadził śmiertelny cios.
Łza w oku zakręciła podwójne salto i ze strugą deszczu spadła na palto.
Palto przemokło wspomnieniami, suszyłam je potem całymi dniami aż nadszedł piątek. Wraz z nim nowy początek.
W głowie znów zaszumiało, wspomnień było w niej już zbyt mało.
Tamte dni przeszły w niepamięć.
Sto burz, ulewnych deszczy pięć potrzeba było, by coś się skończyło.
Czas znów galopował do przodu. Chwytał nowe ofiary niczym bystry gepard za młodu. W cienkich żyłach życie znów wrzało, w powietrzu fijołkami pachniało. T
o przyszła wiosną. Szalona, radosna.
Powróciły serca wschody i zaćmienia. Mało było do zyskania, wiele do stracenia.

 

nic się nie stało to tylko gorszy dzień

 

W mądrych książkach i ulotkach o tym, jak przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej często pisze się, że jednym z pytań, które może zadać potencjalny pracodawca jest: „Jakie ma Pani/Pan wady?”. Nie wiem czy na rozmowie kwalifikacyjnej odważyłabym się o tym opowiadać, ale na blogu mogę. Za bardzo wszystko biorę do siebie i w tym przypadku ma to dwa znaczenia.
Bo…
Za każdym razem kiedy gdzieś wyjeżdżam spędzam dużo czasu na buszowanie po straganach w pocztówkami. Wybieram, kupuję, adresuję, szukam skrzynki na listy, wysyłam. Czasem trochę to uciążliwe, bo kiedy jest się w jakimś miejscu przez 8 – 10 godzin to trochę szkoda „marnować” tę godzinę na akcję pocztówki. No cóż… taki mam nałóg, że gdziekolwiek nie jestem, myślę o rodzinie i znajomych. Osobiście bardzo lubię dostawać od kogoś papierowe pozdrowienia z wakacji/wycieczek. Uważam to za taki miły znak mówiąc pamiętam o Tobie, mimo że tu jest tyle ciekawych miejsc do zobaczenia, tylu ciekawych ludzi, mimo że odpoczywam i miałam/miałem na chwilę zapomnieć o całym Bożym świecie. Tak więc wysyłam te pocztówki nie wcale po to, żeby się pochwalić gdzie jestem, co robię i jak mi tu dobrze, tylko po to, aby komuś sprawić przyjemność. Potem czekam i zastanawiam się czy te pocztówki już dotarły czy się podobały czy sprawiły tę przyjemność. I powiedźcie mi czy wysłanie sms: Dzięki, Jagna, za kartkę to jej aż tak wiele?
Albo…
Gdy rzucam hasło: Mam dla Ciebie niespodziankę. Możemy się dziś spotkać? I otrzymuję odpowiedź, że dziś jest tyle roboty, obowiązków, dodatkowych planów, jutro tak samo, pojutrze, za tydzień, miesiąc wcale nie będzie lepiej to mam sobie pomyśleć: No trudno? Wcale tak nie myślę. Stwierdzam, że się wygłupiam, że nie potrzebnie się staram, angażuję, że takie wykręcanie pracą oznacza tylko tyle, że ktoś ma mnie w nosie.
I w końcu…
Jak się komuś mówi: Dziękuję, że jesteś, to chyba trochę obliguje. A może nie? Czemu to często jest tak, że ludzie nas do siebie przyzwyczajają? Pokazują, że można na nich liczyć, zapewniają o tym, że darzą nas jakąś sympatią, a potem pstryk i ich nie ma? To znaczy nie tak do końca nie ma, bo są. Gdzieś tam są i zapominają o tym, że prawdziwa przyjaźń polega na tym, aby się nieustannie starać. Ja np. przywiązuję dużą wagę do tego, aby ktoś pamiętał datę moich urodzin. Nie, nie chcę wspaniałych, wielkich, drogich prezentów. Wystarczy zadzwonić i powiedzieć coś miłego, wysłać smsa lub kartkę. Lubię, jak ktoś zapyta: Jak minął Ci dzień? Lubię, jak jestem chora i ktoś powie: Wracaj szybko do zdrowia! Lubię, kiedy ktoś mówi: Tęsknię za Tobą, spotkajmy się na chwilę. Ja tak robię. Może nie codziennie, ale jeśli kogoś lubię, to chcę wiedzieć, co słychać, co dobrego lub złego się dzieje. I nie wierzę w to, że praca i obowiązki sprawiają, że zapomina się o kimś. Jak pisała kiedyś  Agnieszka Osiecka – Nie wierzę w brak czasu. Zawsze jest czas na ten krótki błysk, na ten znak: jesteś dla mnie ważna.
Uderza we mnie każde:
- nie znasz się,
- nie masz pojęcia,
- długoby tłumaczyć,
- to nie dla ciebi…
Czemu ktoś uważa się za ważniejszego ode mnie i nie może wytłumaczyć, kiedy pytam, kiedy chcę się dowiedzieć?
Mogłabym jeszcze długo wymieniać takie niby drobnostki…
To wszystko zagnieżdża się we mnie, upycha w każdym wolnym kącie duszy i serca. A gdy brak już miejsca, burzę się niczym wulkan, wypływa ze mnie cała gorycz i z błahostki robię burzę stulecia. Wyładowuję całą złość i smutek gromadzony całymi tygodniami czy miesiącami. Rzucam zaklęcia. ;) Wszystko rozcząstkowuję. A kiedy ochłonę, tak zwyczajnie po ludzku rugam się, że przesadziłam, że mogłam siedzieć cicho i wybaczyć.

 

Asla Vazgeçmem

Pamiętacie jak kiedyś emitowano w polskiej telewizji telenowele brazylijski, wenezuelskie, kolumbijskie itp.? Oczywiście, mając 10 czy 12 lat oglądałam z moją mamą lub ze straszą o 9 lat kuzynką te wyidealizowane opowieści. Wtedy może jeszcze nie do końca czaiłam o co chodzi w tych wszystkich romansach, intrygach, bogactwie i wielkich pasjach. Dziś, kiedy sięgam pamięcią wstecz, nie potrafię przypomnieć sobie chociażby jednego tytułu. Mijały lata i coraz mniej interesowały mnie tego typu seriale. Ale… rok temu może dwa przyszła moda na tureckie seriale. Wielu ludzi zachwycało się Wspaniałym stuleciem – opowieścią opowiadający o życiu sułtana Sulejmana Wspaniałego, najdłużej panującego władcy Imperium Osmańskiego i jego miłości do pięknej Roksolany, niewolnicy wziętej w jasyr w dalekim słowiańskim kraj. Ja obejrzałam może trzy odcinki i nie poczułam motylków w brzuszku. Podczas facebookówej rozmowy z moim kolegą z Turcji napisałam, ze u nas w Polsce puszczają właśnie ten serial. Cengizhan najpierw trochę się zdziwił (ja też pewnie otworzyłabym szeroko oczy, gdyby on z kolei powiedział mi, że w Turcji ogląda np. Janosika), po czym opowiedział mi, że niby ten serial jest historyczny, ale dużo jest tam zmyślonych wątków i nawet stroje, które naturalnie muszą zakrywać całą damską urodę w serialu pokazują biustu.

Pewnego zimowego dnia (było to w lutym) wracając do domu z uczelni zastałam mamcię przed telewizorem (dziwny widok o tej porze :P). Zapytałam co ogląda. Odpowiedziała, ze chciała sprawdzić coś, a tu taki film właśnie leci i ją zaciekawił. Usiadłam obok i zaczęłam oglądać razem z nią. Był to już chyba 5 odcinek. Nie znałam początku, ale stwierdziłam, że można by zobaczyć kolejnego dnia co to za nowy dreszczowiec. :) Bardzo spodobał mi się basen w posiadłości, który ma pewnie większą powierzchnię niż mój dom, cudowna sypialnia, w centrum której stoi pięknie żłobione drewniane łóżko, jadalnia z ogromnym stołem, przy którym każdego poranka i wieczoru zbiera się cała rodzina. I tak stałam się największą fanką Asla Vazgeçmem (Tylko z Tobą).

I tak codziennie (od poniedziałku do piątku) o godzinie 17 siadam, przed telewizorem, żeby poznać nowe przygody Yigita i Nur Bogatego biznesmena i biednej dziewczyny, która po stracie rodziców postanowiła zamieszkać w domu wujostwa. Między tymi dwoje powstaje głębokie, gorące, burzliwe uczucie. Już po kilku dniach znajomości biorą ślub przed imamem i prawnie zostają mężem i żoną. Niestety, Nur nic nie wie o leżącej w śpiączce żonie Yigita – Iclal. Kobieta budzi się tuż po ślubie swojego byłego męża i psuje wszystkie plany i marzenia zakochanym… W tym momencie zaczynają się kłamstwa i intrygi. Nikt nie chce powiedzieć Iclal, że mąż potajemnie się z nią rozwiódł i ożenił  ponownie. Cała rodzina odgrywa sielankę do momentu, kiedy kobieta zaczyna podejrzewać Yigita o romans z Nur. Z kolei Nur, gdy tylko dowiedziała się, że żona Yigita nie umarła w wypadku a jedynie zapadła w śpiączkę od razu podejmuje decyzję o przerwaniu swojego związku. Długo zajęło mężowi przekonywanie żony, że pierwsze małżeństwo było zawarte z rozsądku drugie zaś z miłości, że jego życie nic nie jest warte bez żony, że odchodząc od niego zabierze mu serce i duszę. Kiedy Iclal wykrzyczał prosto w oczy Nur i Yigitowi, że wie o ich potajemnym ślubie pomyślałam, że to już koniec serialu – główny wątek się rozwiązał o czym tu pisać scenariusz dalej? Ale nie… Pomyliłam się. Pierwsza żona Yigita poprosiła jego kuzyna Firata, aby został dawcą nasienia. Potem wmówiła Yigitowi, że to jego dziecko. Biedak nie wiedział jak wytłumaczyć Nur jak dotego doszło, bo tak naprawdę został podstepnie wyciągnięty na kolację, uśpiony i ułożony w łożu Iclal. Nur i Yigit wzięli rozwód, bo dziewczyna nie mogła znieść myśli o zdradzie. Jednak Yigit nadal walczy o swoją wielką miłość…